Daniela's profilePoeticamente parlando 2 PhotosBlogListsMore ![]() | Help |
Poeticamente parlando 2Tutti i diritti sono riservati: è vietata la riproduzione degli elaborati (poesie, racconti, ecc.) con qualsiasi mezzo, compresa stampa, copia fotostatica, microfilm e memorizzazione elettronica, se non espressamente autorizzate per iscritto. |
||||||
Public folders
|
June 05 Scacciati
Scacciati.
Regnava primavera. E' la stagione in cui sbocciano i fiori e si dimenticano le preoccupazioni invernali. Tornavo dal lavoro a piedi e respiravo, compiaciuto, l‘aria profumata di lillà, quando, girato l’angolo della strada, mi imbattei in uno strano scenario. Una lunga eterogenea fila era davanti alla questura, fila di bronci e berretti colorati di tutte le etnie del mondo. Sotto l’arcata rimbombavano chiassosi litigi in lingue incomprensibili. All’entrata dell’ufficio emigrazione, che tremava di agitazione e caos, avevo scorto un robusto sorvegliante che se la prendeva con un emigrante, piccolo e spaventato. Capii che non voleva farlo entrare perché chiudevano. Il giovane non voleva arrendersi. Disperato cercava di intrufolarsi, agitando le braccia esili. Ad un certo punto il custode lo spinse con la forza dei suoi cento chili e il debole corpo, come un pupazzo, volò via attraverso la strada per finire ai miei piedi. Nero di rabbia, coprii di insulti il sorvegliante e aiutai il ragazzo ad alzarsi. Dal suo naso usciva sangue e il braccio destro sembrava malconcio. Anche il sopracciglio aveva un taglio che cominciava a sanguinare. Tirai dalla tasca i fazzoletti di carta, giusto per tamponare le ferite. Lo presi sottobraccio e lo trascinai alla farmacia vicina. Per fortuna il taglio non era profondo e con i cerotti sul viso lo portai al bar accanto. Davanti ad un tè ed un enorme panino che avevo ordinato per lui, per la prima volta abbiamo scambiato una parola. - Perché sei stato così insistente? Dovresti sapere che ad una certa ora gli uffici chiudono. Se non ci fossi stato io, quel mastino ti avrebbe massacrato - dicevo con tono di rimprovero. - Ti sembra, che se hai salvato un emigrante hai fatto una grande cosa? Non cambi mica niente con quel gesto. Comunque grazie. - Con forte stretta di mano scattò in piedi. - Dove vai?- - Di là... Ritorno. - - Sei matto?- - Devo riprendere il mio posto in fila, da quattro giorni e quattro notti sono là. Devo avere il permesso di soggiorno. – Uscì, lasciandomi consapevole della mia impotenza di cambiare il mondo. Non tentai nemmeno di corrergli dietro per fermarlo. Scossi solo le spalle.
Daniela Karewicz April 10 Flesz
Flesz
***
Wojna
Nadeszła wściekła w kutych żelazem buciorach ciężkim spowita dymem fetorem śmierci nasączona. Krwią świeżą malowana głodna i katowana, by chciwe swe cielsco nasycić. za życiem ugania.
Przystaje czasem znużona, taka niczyja. Załosna. Osierocona.
Z obliczem bliznami pociętym milczy podstępnie, by fanatyczna i nieokiełznana aroganckim przepychem błyszcząca zabijać... w tył głowy strzela dzieci bezlitośnie męczy ludzi żywych grzebie rannych bagnetem dobija.
Czasem jednak i łzę bolesną utoczy kromkę chleba i wody do ust poda rany śmiertelne uleczy.
Dziwna ona, niezrozumiała. Zatrwaźająca. Chciana.
***
Obłudne plotkeczki szemrzą złośliwie w eleganckim salonie w stylu biedermeier. Skandaliczny mezalians popełniony przez wysoko urodzonego szlachcica ze zwykłą chłopką szokuje arystokratyczny światek głębokiej prowincji. Od czasu do czasu błyska flesz. Wśród zaproszonych przewija sie postać w czerni fotografując twarze tych, którzy natrętnie ustawiają się przed objektywem, i tych, którzy nieśmiało ukrywają się w półcieniu. Pod koniec wyśmienitej kolacji podanej na starych srebrach, goście wznoszą toast na cześć solenizanta. Obchodzi się urodziny Mariana, młodego szlachcica ze znamienitej rodziny. Kończy 25 lat. Po chóralnym “na zdrowie”, kryształowe kieliszki roztrzaskują się o lustrzany parkiet. Impertynenckie dźwięki mandoliny akompaniują melodyjną pieśń. Marian śpiewa z wyniosłością znane psalmy. Urzeka wszystkich. Szkarłatny szal kontrastuje z jego urodą - delikatne oblicze, zaczesane jasne włosy, melanchnijne szarozielone oczy. Jego wiersze recytowane z przesadnym patosem powodują bicie serc bladych panienek. Po oklaskach, znudzony bierze jabłko i oddala się niepostrzeżenie.
*** Wojenne wiatry burzą jego dotychczasowy świat. Gubi się, nie wie co robić, nikt nie wie. Po raz pierwszy przeżywa coś tak odmiennego, tak prawdziwego. -Muszę coś zrobić- wyje zrozpaczony, roztrzaskując o biurko swoją ukochaną mandolinę. Wstępuje do ruchu młodych rebeliantów gotowych zrobić coś przeciwko wojnie, bardziej dla przygody niż dla ideału. Niedoświadczeni, ograniczają się do obrzucania kamieniami niemieckich ciężarówek.
*** - Nasz świat jest skończony. Musimy się ukrywać- rozpacza matka, całując go w czoło. Jej opuchnięte od łez oczy srebrzą się cierpieniem w naznaczonej bólem twarzy. - “Ad majora natus sum, pamiętaj o tym zawsze, synu” – poleca ojciec, obejmując go gorąco w pożegnalnym uścisku. Przed rodzinnym dworkiem zajętym przez rząd niemiecki i przetworzonym na siedzibę gestapo Marian żegna rodziców. Drżący błysk flesza utrwala ostatni moment rodziny zniszczonej przez pogrom.
*** - Dzisiaj wszystko u mnie możesz kupić, bo ludzie są teraz na placu.- sepleni kulawy żyd za ladą, gładząc brodę woniejącą cebulą i czosnkiem. - Daj mi więc bochenek chleba, bańkę mleka i jedno jabłko. Masz może jakiegoś papierosa? – - Mam sześć sztuk całych palmeli. Jak mi zapłacisz długi, są twoje. - - Tak, tak. Płacę wszystko. – wykrzykuje radośnie Marian – Rodzice dostarczyli mi trochę pieniędzy. A więc, co tam dzieje się na placu? Ukryty za drzwiami, podgląda. Wśród osób wyznaczonych do aresztowania słyszy nazwiska niektórych towarzyszy ze swojej grupy politycznej. Ogarnięty trwogą wraca do domu. Wyciąga z szafy golf z kaszmiru i ulubiony szal ze szkarłatnego jedwabiu. Drżącymi rękoma owija w starą gazetę ostatnie pamiątki ze swojej odległej, świętej przeszłości i zanosi paczkę swoim przyjaciołom. Znajduje ich ustawionych w szeregu przed murami swojego starego gimnazjum. Nadjeżdża ciężarówka. Wyskakuje z niej czterech hitlerowców w szarozielonych mundurach, którzy natychmiast rozstrzeliwują całą grupę. Marian wstrząśnięty pada na kolana.
*** Bezczelny błysk flesza fotografuje z trzech stron jego zakrwawioną i siną głowę. Jakiś głos szczeka: - sprichst du Deutsch? – -was kannst du machen ? - - kannst du autofahren? – * Marian podnosi oczy i jego wzrok przez moment krzyżuje się ze spojrzeniem gestapowca. Nigdy nie widział takiego koloru! Zimowe niebo, oblodzony staw. - Ja - odpowiada - ich spreche Deutsch.-*
W blaszanej misce wodzianka i kawałek czarnego chleba. Przydzielony przez kogoś koc i miejsce do spania. Marian nie zapomni nigdy pierwszej nocy w obozie, która będzie trwać sześć niekończących się miesięcy naznaczonych głodem i trwogą. Nie zdaje sobie sprawy gdzie się znajduje i z trudem przypomina sobie koszmar swojego schwytania.
- To miejsce będzie zwyczajnym obozem dla więźniów.- Tłumaczy podczas pierwszego apelu o szóstej rano.
Rozpoczynają rozciągać ogrodzenia z kolczastych drutów, budować kuchnie i magazyny. Marian często jest przydzielany do kancelari jako tłumacz i księgowy. Pewnwgo dnia zauważa na podłodze jakiś dokument. Ryzykując śmiercią bierze z sobą tę kartkę do baraku z której wynika, że po ukończeniu budowy obozu w Auschwitz, świadkowie będą oddaleni. - A więc znajdujemy się w Auschwitz. Gdzie to jest? – myśli intensywnie - Ach tak, Oświęcim, blisko Krakowa. Tu jest napisane, że nas oddalą, lecz gdzie? Nigdzie nie jest napisane, dokąd! Podejrzewa, że to miejsce ukrywa ponury i monstrualny sekret. Do czego mają służyć te baraki z długimi i piętrowymi pryczami, budynki z wysokimi kominami i wielkimi piecami lub zbiorowe prysznice bez dopływu wody?
*** -Będziemy zlikwidowani wszyscy! – szepcze pewnej nocy Józefowi, z którym dzieli pryczę. - Marian, trzeba stąd uciekać! Pamiętasz miejsce gdzie możesz się ukrywać?- -Tak, twoja wieś Krępa. Około 300 km. stąd, w centrum Polski.- -My jesteśmy rodziną prostą, bardzo biedną, ale cię przyjmą. Wiesz, jest nas sześcioro. Najmłodsza ma na imię Janina, najładniejsza panienka z całej okolicy. Pamiętasz mój partyzancki pseudonim? -Dąb.- -Ukradłeś lekarstwa dla ruska? Nie jest już w stanie się podnieść, biedaczek. A i węgrzyn się kończy.- - Tak, zwinąłem coś tam. Trzymaj też jabłko. Dał mi je Hans, ten oficer co zawsze przymyka oko na moje podkradania. Gdyby nie on...- -O, jak pachnie to jabłko. W moim sadzie za domem rosło wiele jabłoni.- lamentuje Józef -Przypomina mi jabłko z moich ostatnich urodzin.- wzdycha Marian. Pożerają to jabłko chowając głowy pod koc. Najsmakowitsze, najwspanialsze jabłko jakie jedli w swoim życiu. Jakiś głos z żydowskim akcentem przerywany gwałtownym kaszlem, błaga. -I mnie! Jeden kęs! I mnie! Proszę! Skórka, nasiona, mizerny i suchy listek przyczepiony do ogonka, wraz z tym ogonkiem zdrewniałym i twardym zostały pieczołowicie podzielone i schrupane.
*** W ciemności nocy, zduszony jęk roznosi się boleśnie. Straszliwa burza trzęsie światem. Błysk ryczącego pioruna oświetla kościste twarze wyzute z nadziei. Ich barak nasyca się śmiercią. Smierć jest tuż obok, ukryta w każdym kącie. Kiedy siada na krawędzi czyjejś pryczy, woła się strażników. W barłogu, owinięte plugawym i obskurnym kocem spoczywa ciało. Towarzysze rzucają ostatnie spojrzenie na to nieruchome i zniekształcone oblicze. Granat zaciśniętych ust, czerń wychudzonych policzków, doły przymkniętych oczu, piszczele rąk i nóg, obdartych od robót dłoni, zapadnięty brzuch z żebrami przecinającymi prawie pergaminową skórę. Smierć mglistą spiralą opuszcza pryczę i swym długim welonem muska myśli obecnych. Snuje się leniwie po ścianach, wciska się we framugi drzwi, osiada na podłodze. Załobny orszak kieruje się do głębokiego dołu. Na desce, sine ciało. To Józef. Jego oczy odzwierciedlają ostatni flesz... pole kwitnące chabrami i czerwienią maków. Tam... będzie zboże, będzie syn, będzie dom.
*** * - sprichst du Deutsch? - znasz niemiecki? * - was kannst du machen? - co umiesz robić? * - kannst du autofahren? - umiesz prowadzić samochód? * - Ja, ich spreche Deutsch. - Tak, mówię po niemiecku.
Daniela Karewicz
continua...
Flesz
Flesz
*** Nadchodzi wiosna i Marian jest skierowany wraz z innymi więźniami do pracy w polu, w kamieniołomach, do budowy dróg i kolei. Upływają miesiące i pewien jasny, sierpniowy ranek zapowiada zmiany. Prowokujący błękit nieba daje tło wyblakłej zieleni pobliskiego lasku. Złote łany falują w tańcu bez muzyki. Ponury i cierpiący konwuj wlecze się zakurzoną drogą zarośniętą zwiędłymi krzakami. Marian zna dobrze trasę terroru, zna dobrze przyzwyczajenia nadzorców, którzy po monotonnych miesiącach zmniejszyli czujność i stali się mniej agresywni niż na początku. Czasami i oni wydają się więźniami. Szaleńcza idea o ucieczce zawładnęła nim całkowicie od czasu, kiedy wraz z Józefem ją projektowali. I może nadszedł moment jej realizacji. Teraz! Natychmiast! Wraz z innymi narzeka na ból brzucha. Dyzenteria jest dość powszechna i kiedy potrzeba, zdejmuje sie łańcuchy z przegubów. Nadzorcy decydują się na chwilę postoju. Tam, gdzie żyto jest bujne i wysokie Marian przykuca i oddala się szybko na kolanach, niknąc w oddali. Nie słyszy żadnego pościgu. Kieruje się instynktem, porusza się jak wilk. Dociera do potoku i rzuca się w wodę aby stracić swój trop. Obawia się psów. Tam gdzie jest głęboko, płynie. Po godzinach ucieczki, skonany, zbliża się do czyjejś stodoły i stajni, kradnie jakieś szmaty, worki z juty w których wydziera dziury na ręce i głowę. W pewnym momencie słyszy szelest. Spostrzega starą kobietę okrytą kwiecistą chustą. Patrzą sobie długo w oczy. Bez pośpiechu baba ściąga z nóg wysokie i wielkie kalosze, ograbia stracha na wróble ze spodni i kasaka - kładzie to wszystko przed Marianem. Zostawia też koszyk z kilkoma jajkami, warzywami i owocami. Odwraca się bez słowa i wspierając się na krzywym kiju oddala się, pozostawiając w redlinach zdeformowane ślady bosych stóp. Marian przykryty liśćmi śpi cały dzień w rowie daleko od zabudowań. Oczekuje nocy. W oddali słychać strzały i niebo huczące od samolotów. Kierując sie gwiazdami ustala kierunek trasy i oddala się pośpiesznie. Kluczy po poboczach dróg, biegnie wzdłuż szyn czepiając sie często powolnych wagonów towarowych. I tak to zbliża się w końcu do wymarzonej wsi. W pobliskim lesie oczekuje mroku i głęboką nocą puka delikatnie do okienka z tyłu domu. Jakaś ręka łapie go za kark i wciska w wąskie drzwi piwnicy. -Dąb, Dąb! – piszczy histerycznie.
Najpierw robią mu kąpiel. Blaszana wanienka lśni mu złotem a zwykłe szare mydło pachnie fijołkami. Jest pokryty wszami i strupami. Na koniec golą go całego i nacierają dziwnymi maściami. Kawał cudownie pachnącego chleba, łakoma miska świeżutkiego twarogu, kieliszek mocnej wódki...i budzi się po dwóch dniach. Oczekuje go dzban wody ze studni, na piecu w różowej kamionce unosi się zapach barszczu. Raj! Miejsce jest spokojne, ciche, prawie zapomniane przez Boga. Wojna nie istnieje. Oczarowany, wychodzi przed dom. Wzdłuż drogi śpią białe chaty pokryte strzechą. Złote łany obiecują dorodne żniwa. Sad z gałęziami uginającymi się pod ciężarem jabłek przypomina mu Józefa. Myśl o nim przesłania wyzywający blask słońca. Wraca do domu i rzuca okiem na duże, ścienne lustro. Kto to ? Kim jest to widmo! Dluga, nocna koszula ukrywa potwornie wychudzone ciało. Z rozpięcia na przodzie sterczą żebra pokryte przezroczystą skórą. Ogolona czaszka, woskowa twarz, zapadnięte policzki pokryte plamami i oczy... olbrzymie szarozielone oczy płonące gorączką, cierpieniem, trwogą. Marian obejmuje głowę sinymi od trudów rękoma i obsuwa się wydłuż ściany, kuląc się jak małe, zastraszone zwierzątko.
*** Pod zieloną jabłonią, niewinny błękit oczu Janiny tonie w namiętnym spojrzeniu Mariana. - Przyniosłam ci stare gazety. Dali mi je partyzanci, wiesz, ci z grupy Józwa. Przeglądają razem pożółkłe strony i Marian spostrzega, że Janina zaledwie umie czytać. Subtelna, kieruje się wrodzoną wrażliwością i wskazuje niektóre zdjęcia połamanym i czarnym od pracy w ziemi paznokciem. Marian rozpoznaje w nich swoje straszliwe przeżycia.
*** Przywarte do piersi dziecko zmarłe z głodu. W łóżku leży osłabiona Janina, Marian pogrążony w bólu siedzi w ciemnym kącie pokoju, ssąc smoczek. Kolebie nogą białą i pustą kołyskę. Do pokoju wkracza raptownie niemiecki oficer. Szuka Janiny przeznaczonej na roboty w niemieckich fabrykach. Zaskoczony, obserwuje tę straszliwą scenę. Bez slowa, odwraca sie gwałtownie i wychodzi. Nie jast w stanie znieść ich bólu. Od miesięcy kwateruje w Krępie i z Marianem, który pracuje w koszarach jako magazynier dyskutował killkakrotnie na temat filozofi, muzyki i sztuki.
Ze starego, skórzanego portfela Marian w roku 1944 wycina pierwsze buciki dla swojej drugiej córki Bożeny. Mądra i bogata w mleko koza Barbara towarzyszy jej przy pierwszych kroczkach.
*** Warkocze koloru zboża przeplatane chabrami i czerwienią maków koronują wyniosłe czoło Janiny. Pod staniczkiem ozdobionym kolorowymi cekinami burzy się śnieżna, batystowa bluzeczka. Biały fartuszek spływa wzdłuż kwiecistej, spłowialej spódnicy, zakrywając dziurawe trzewiki. - Ad majora natus sum. – wymawia Marian solenną obietnicę. - Co to znaczy?- pyta Janina wznosząc czyste i dumne oczy. - Zostaliśmy zrodzeni do wyższych celów- odowiada Marian, całując ją tkliwie.
*** Obłudne plotkeczki szemrzą na wiejskim dziedzińcu. Mezalians popełniony przez szlachcica Mariana ze zwykłą chłopką Janiną szokuje wszystkich. Od czasu do czasu błyska flesz. Wśród zaproszonych przewija sie postać w czerni fotografując ich twarze. Pod koniec skromnej kolacji podanej na malowanych gliniankach, goście wznoszą toast na cześć młodych małżonków. Po chóralnym “na zdrowie” , szklane kieliszki roztrzaskują się o klepisko. Przyjemne dźwięki mandoliny akompaniują melodyjną pieśń. To Marian. Spiewa z prostotą znane psalmy. Urzeka wszystkich. Szkarłatny szal kontrastuje z jego sublelną urodą. Jego wiersze recytowane z rzewnością powodują bicie serca Janiny. Po oklaskach, szczęśliwi biorą jabłko i oddalają się niepostrzeżenie.
Fine.
Daniela Karewicz January 22 FlashFlash
* Un frivolo spettegolare risuona malizioso nell’elegante salotto in stile biedermeier. Lo scandaloso matrimonio tra un nobile e una plebea sconvolge l’aristocratico mondo della cittadina di provincia. Ogni tanto scatta un flash... Una figura in nero si aggira tra gli invitati riprendendo le loro facce, quelle che si mettono con prepotenza dinanzi a lui e quelle che si nascondono timidamente nella penombra. Dopo la lauta cena servita su antichi vassoi d’argento, gli ospiti brindano con la wódka alla salute del festeggiato. E’ il compleanno di Marian, giovane rampollo di una nobile famiglia. Compie venticinque anni. Con corale “na zdrowie” i preziosi bicchierini di cristallo finiscono sbattuti sul parquet intarsiato in ciliegio. Sfrontati toni di mandolino accompagnano un canto melodioso: Marian, con ostentata superbia, si esibisce con salmi. Affascina tutti. Uno scialle color rosso porpora contrasta col suo armonioso aspetto... lineamenti morbidi, capelli castani pettinati all’indietro, melanconici occhi grigioverde. Le sue poesie declamate con boriosa enfasi fanno battere i cuori delle pallide signorine. Dopo gli applausi, annoiato, prende una mela e si allontana furtivamente
* I gelidi venti di guerra sconvolgono il suo piccolo mondo. Si perde, non sa cosa fare, nessuno lo sa. E’ la prima volta che vive qualcosa di così intenso, così reale. -Devo fare qualcosa! - urla furibondo, sbattendo contro lo scrittoio il suo prezioso mandolino. Il presagio del fatale destino si impossessa di lui. Entra a far parte del gruppo dei giovani ribelli, pronti a fare qualcosa contro la guerra, più per l’avventura che per l’ideale. Incoscienti, si limitano a tirare le pietre sugli autocarri della Gestapo.
* - Il nostro mondo è finito. Dobbiamo nasconderci- si dispera la madre con gli occhi gonfi nella faccia addolorata, baciandolo sulla fronte. - Ad majora natus sum, ricordalo sempre figliuolo - si raccomanda il padre, fiero, stringendolo in un caldo abbraccio d'addio. Davanti alla palazzina di famiglia occupata e trasformata nella sede del governo tedesco, Marian saluta i genitori. Un flash memorizza l'ultimo ricordo della famiglia annientata dal pogrom.
* - Sei fortunato trovare qualcosa. Stamani tutti sono qui davanti, in piazza. - farfuglia a Marian lo storpio bottegaio ebreo, lisciando la sua barba odorante d’aglio e di cipolle. - Dammi allora una pagnotta, un pentolino di latte e una mela. Hai forse qualche cicca? - - Ho sei sigarette. Intere. Delle Pall Mall! Se paghi i debiti, sono tue.- - Si, si, ti pago tutto! Oggi è il tuo giorno fortunato. I miei mi hanno passato un po' di denari. Allora, che succede in piazza? - Nascosto dietro la porta osserva e ascolta: sente i nomi di persone da arrestare, tra cui alcuni amici del suo gruppo politico. Torna a casa atterrito. Tira fuori il pullover di cachemire e l’amato scialle rosso di seta pura. Con mani tremanti avvolge in un vecchio giornale gli ultimi ricordi del suo passato, distante e sacro, e porta il pacchetto agli amici. Li trova allineati davanti al muro sgretolato del suo vecchio ginnasio. Arriva un camion. Balzano fuori quattro giovani nazisti in divisa grigioverde, puntano i mitra e li investono con una raffica di pallottole. Marian, terrorizzato, cade sulle ginocchia. Dietro di lui appare una figura in nero. Scatta un flash!
* Uno sfrontato flash riprende tre parti della sua testa nuda, violacea e sanguinate. Una voce abbaia: -sai guidare?-, -che lavoro sai fare? -, -sai il tedesco?- Marian alza lo sguardo e i suoi occhi, per un attimo, si incrociano con quelli del nazista. Non aveva mai visto un colore come quello! Cielo d’inverno, stagno ghiacciato. -Si -risponde- so il tedesco-.
* Nella scodella, una zuppa acquosa e un pezzo di pane nero. Una coperta assegnata da qualcuno. Un posto per dormire. Incastellature di legno a due piani si allungano all’infinito in due file... Marian non dimenticherà mai quella notte, la prima notte nel campo, una notte che durerà sei interminabili mesi segnati da fame e terrore. Capacita appena dove si trova e a fatica ricorda l’incubo della sua cattura.
-Questo diventerà un semplice complesso di accoglienza dei prigionieri.- traduce durante il primo appello alle sei del mattino.
Cominciano a stendere le recinzioni di filo spinato,
a costruire cucine e magazzini.
Spesso lo assegnano anche a fare il contabile o l’interprete.
Un giorno nota sul pavimento un documento.
Correndo un rischio mortale porta quel pezzo di carta nella baracca.
Comprende, leggendolo, che alla fine della costruzione del lager
in Auschwitz i testimoni dovranno essere mandati via.
-Allora ci troviamo in Auschwitz? Dove è?- pensa intensamente
- Ma si, Oświęcim, vicino Kraków.
Qui c’e scritto che dobbiamo essere mandati via, ma dove?-
Da nessuna parte c’era scritta la destinazione!
Sospetta che quel posto nasconde un obiettivo mostruoso e oscuro.
A cosa dovrebbero servire baracche con castellature di legno a due piani,
edifici con alti cammini con enormi forni
o docce comuni senza l’impianto dell’acqua?
* - Saremo sterminati tutti! - mormora, in una notte fonda a Józef, il suo compagno di letto. - Marian, bisogna scappare! Ti ricordi il posto dove puoi nasconderti?- - Sì, il tuo villaggio, Krupa. Circa 400 km da qui, nel centro della Polonia.- - La mia famiglia è contadina, molto povera, ma ti accoglierà. Sai, siamo sei fratelli. La più piccola si chiama Janina. E’ la più bella fanciulla di tutta la zona. Ti ricordi il mio sopranome da partigiano?- - Quercia.- - Hai potuto rubare le medicine per il russo? Non riesce più ad alzarsi, poveretto. Anche l’ungherese è in fin di vita - - Sì, sono riuscito a fregare qualcosa. Tieni anche la mela. Me l’ha data Hans, quell'ufficiale che chiude sempre un occhio sui miei furti. Se non ci fosse lui... - - Oh, come profuma ‘sta mela. Il frutteto a casa mia era pieno di meli - piagnucola Józef. - Mi ricorda la mela del mio ultimo compleanno.- sospira Marian. Sotto le coperte divorano di nascosto la mela. La più gustosa, succulenta e saporita mela che abbiano mai mangiato. Una voce con accento ebreo, spezzata da una tosse furiosa, implora. -A me! Un morso! A me! Prego!- La buccia, i semi, la piccola foglia misera e secca attaccata al gambo, sono scrupolosamente, insieme a quel gambo duro e legnoso, divisi e rosicchiati.
* Nell’oscurità della notte, un soffocato mugolio echeggia, dolente. Fuori, un’ incessante tempesta fa tremare il mondo. Un dirompente lampo illumina facce scheletriche, senza speranza. La loro baracca è satura di morte. La morte è lì, nascosta in ogni angolo. Quando siede sul bordo di qualche branda, si chiamano i gendarmi. Il giaciglio accoglie in un abbraccio di coperta scura e logora un corpo. I compagni dedicano un ultimo sguardo a quel volto immobile, ormai trasfigurato con la bocca serrata e bluastra, le guance svuotate e scure, gli occhi appena socchiusi e infossati, le braccia e le gambe esili, le mani martoriate dai lavori pesanti, i ventri scavati con le costole che quasi tagliano la pelle di pergamena. La morte, spirale sottile, lascia la branda. Si impadronisce di ciò che resta, si insinua nelle fessure delle porta e si allontana da quel posto sfiorando col suo lungo velo i pensieri di tutti. Una funebre carovana avanza verso un fosso. Su un’asse un corpo. E' Józef. Gli occhi riflettono un ultimo flash... un campo fiorito di rosso e blu di papaveri e di fiordalisi. Là...sarà grano, sarà figlio, sarà casa.
* Continua...
Daniela Karewicz FlashFlash
* Arriva la primavera e Marian viene mandato con gli altri fuori dal lager a lavorare i campi, spaccare le pietre del fiume, costruire strade e raccordi ferroviari. Passano mesi e una luminosa mattinata d’agosto annuncia qualcosa di diverso.
Il cielo, di un azzurro spudorato, fa da sfondo al verde sbiadito del boschetto vicino. I campi dorati ondeggiano in una danza senza musica. Uno strano convoglio, tetro e dolorante, attraversa la strada sterrata orlata di cespugli appassiti. Marian conosce bene il percorso del terrore, conosce bene le abitudini dei sorveglianti che dopo mesi di routine hanno abbassato la guardia. A volte sembrano anche loro prigionieri. Si sono plccati, non sono più aggressivi come all’inizio. Talvolta sembrano quasi umani. La folle idea di fuga si è impadronita di lui da quando insieme a Józef l’avevano concepita. E forse è arrivato il momento di realizzarla. Ora! Subito! Insieme con gli altri si lamenta di mal di pancia. La dissenteria è un male frequente e se necessario si levano le catene dai polsi. I boia decidono il momento di sosta. Nel punto dove il grano è più fitto, più alto e più ricco Marian si accuccia e strisciando sulle ginocchia si allontana velocemente dileguandosi nel nulla. Non sente nessun inseguimento, si muove come un lupo, agisce d’istinto, cammina veloce. Raggiunge il ruscello e si immerge per far perdere le tracce ai cani. La dove l’acqua è più profonda, nuota. Dopo ore di cammino, stremato, si avvicina alle stalle e ai fienili di una fattoria, ruba vecchi stracci, più sacchi di juta che vestiti, fa i buchi per le braccia e la testa.
A certo punto sente un rumore.
Vede una vecchia con grande scialle a fiori sulle spalle.
Si guardano lungo negli occhi.
Lentamente, la donna si sfila gli enormi stivali di gomma,
strappa i pantaloni e la giacca dallo spaventapasseri
e pone tutto davanti a lui.
Lascia anche la cesta con qualche uovo, ortaggi e frutta.
Senza dire una parola si gira e,
appoggiandosi su uno storto bastone,
si allontana lasciando tra i solchi di patate
le deforme orme di piedi scalzi.
lontano dalle abitazioni. Aspetta la notte. Da lontano sente gli spari, il cielo è disturbato dagli aerei. Studia il percorso guardando le stelle. Fa il punto della situazione e si allontana velocemente verso la direzione giusta, a volte camminando lungo i binari, talvolta aggrappandosi a qualche lento convoglio. E così, alla fine, arriva nel sospirato villaggio. Aspetta nel bosco vicino, e a notte fonda bussa delicatamente alla finestra sul retro della casa. All’improvviso una mano lo afferra alle spalle e lo spinge verso la porticina della cantina. - “Quercia, Quercia!”- strilla istericamente.
Per primo gli fanno il bagno. La bacinella di latta splende d’oro e il grigio sapone sprigiona profumo. E’ coperto di pidocchi e piaghe. Lo rasano del tutto e lo spalmano con strani unguenti. Un pezzo di pane profumato di letizia, una scodella di candida ricotta che sa di gioia, alla fine un bicchiere di wódka d’allegria... e si sveglia dopo un paio di giorni. Lo aspetta una brocca d’acqua fresca di pozzo e sulla stuba, nel pentolone di coccio rossastro, fuma la borsh. Un paradiso! Il posto è tranquillo, silenzioso, quasi dimenticato da Dio. La guerra non esiste. Incantato, esce. Al lato della strada dormono bianche casupole con i tetti di paglia intrecciata. Nei dorati campi ondeggia un buon raccolto. Il frutteto, curvo sotto il verde peso delle mele, gli fa ricordare Józef. Il pensiero di lui oscura lo sfacciato splendere del sole. Torna a casa e getta lo sguardo nel grande specchio dell’armadio. Vede uno spettro! Chi è? Il corpo, magrissimo, si indovina più che vederlo, sotto la bianca camicia da notte. Dall’apertura davanti si intravedono le costole, appena coperte di pelle sottile e gialla. Il cranio rasato, il volto di cera, le guance scavate coperte di piaghe e gli occhi... occhi enormi grigioverde, luccicanti di febbre, sofferenza, terrore. Prende la testa tra le mani sbucciate di color viola e si accascia lungo la parete, in un angolo, rannicchiato come un piccolo animale pieno di paura.
* Sotto il melo, gli occhi di Janina e Marian si fondono in un profondo e appassionato sguardo. - Ti ho portato i vecchi giornali. Me li hanno procurati i partigiani, sai, quelli del gruppo di Józef. - Sfogliano insieme pagine ingiallite e Marian nota che Janina sa leggere appena. Con l’unghia spezzata e nera, consumata dal lavorare la terra, sensibile indica alcune foto. Proprio in esse Marian riconosce tutti i flash vissuti.
* Stretto al seno un figlio morto. Di fame. Sul letto giace Janina, languida, non si muove. Seduto nel buio angolo, Marian rosicchia il ciuccio e fa ninnare la culla bianca e vuota. Nella stanza entra prepotentemente l’ufficiale tedesco. Cerca Janina, segnata alla deportazione in Germania per lavorare nelle fabbriche. Fermo sulla porta, osserva la scena. Poi si gira bruscamente ed esce. Troppa angoscia anche per lui in quel posto. Da mesi staziona in Krupa è con Marian che faceva magazziniere nella caserma, parlavano a volte. Di musica, d’arte, d’anima.
Da un vecchio portafoglio in pelle, nell’ anno 1944, Marian ritaglia le prime scarpette per Bosena, la sua seconda figlia di undici mesi. La capra Barbara, saggia e colma di latte, la accompagna nei suoi primi passi.
* Le trecce color grano ornate di rosso dei papaveri e blu dei fiordalisi coronano la superba fronte di Janina. Dal corpetto ricamato di variopinte pailettes sgorga la candida camicetta in batista. Il bianco grembiule scende lungo la gonna a fiorellini sbiaditi, coprendo appena gli scarponcini bucati. - Ad majora natus sum - pronuncia Marian la solenne promessa. - Che vuol dire?- domanda Janina alzando lo sguardo limpido e fiero. -Siamo nati per cose grandi – risponde Marian alla sposa, baciandola teneramente.
* Un frivolo spettegolare risuona nell’aia. Il matrimonio tra il nobile Marian e la plebea Janina, sconvolge tutti. Scatta un flash...Una figura in nero si aggira tra gli invitati. Dopo una scarsa cena servita su vassoi d’argilla, gli ospiti brindano con la wódka alla salute degli sposi. Con corale “na zdrowie” i bicchierini di vetro finiscono sbattuti in terra. La festa, semplice, è rallegrata da un canto melodioso accompagnato dai dolci suoni del mandolino. Marian, con umile semplicità, si esibisce in salmi. Uno scialle color rosso porpora è in contrasto col suo armonioso aspetto. Le sue poesie, declamate con enfasi, fanno battere il cuore di Janina. Dopo gli applausi, felici, prendono una mela e si allontanano furtivamente.
* Fine.
Daniela Karewicz
|
Benvenuto nel mio Spaces! dolcissima Pasqua Lupa! Annalarossa
Apr. 9
Sentieridelcuore Vitowrote:
Mar. 27
grazie Lupa di essere venuta a vederci! mi ha fatto un immenso piacere. Tempo fa ti scrissi: chissà se ci potremo conoscere un giorno....Ed ecco fatto ci siamo conosciute! Ti abbraccio forte forte (il mio abbraccio molto "morbidoso") e spero a presto! Annalarossa
Mar. 14
Nullawrote:
Non so se la vita é corta o lunga di più per noi se non tocchiamo il cuore delle persone Il collo che accoglie, le braccia che avvolgono, la parola che consola, il silenzio che rispetta, l 'allegria che contagia, le lacrime che scorrono, il desiderio che sazia, l´amore che promuove. E questo non è cosa di un altro mondo, è tutto che fa sentire alla vita, e fa che con lei non sia nè corta, nè lunga di più, ma che sia intensa, vera e pura, per quanto possa durare (Cora coralina)
Mar. 6
ultimo aedo ooooooowrote:
Ciao se ti va di ASCOLTARE poesie favole barzellette clicca sul nome in parte www.olimpoweb.it ciao
Mar. 1
Lupo Solitario .wrote:
Feb. 14
SempreioCRY ......wrote:
![]() ....a rieccomi...ho ripreso con il mio passatempo preferito...
...premiare le anime piu' belle.....e tu sei una di loro...
Jan. 22
Lupo Solitario .wrote:
Jan. 11
Brazir Brazirwrote:
Ehi!!! BUON ANNO!!! spero di "rincontrarti" presto in queste rotte virtuali!
Un abbraccio !!! Brazir
Jan. 1
Nikla Biagioliwrote:
Ad una amica speciale
SPECIALISSIMI AUGURI
di
BUON NATALE
ed un
MIGLIORE ANNO NUOVO
Un caro abbraccio...ed un sorriso...Nikla
Dec. 25
Cinziawrote:
TANTI AUGURI DI BUON NATALE!
BACI
CINZIA
Dec. 24
SempreioCRY ......wrote:
buon natale lupakkiotta....buzi buzoneeeeeee
Dec. 23
Sentieridelcuore Vitowrote:
![]() Natale si avvicina ,
è con un tenero pensiero ti mando un mondo di Auguri.
Che la notte di Natale brilli per
te di luce, di grazia e di amore. Una carezza sul cuore , Vito.
Dec. 18
GIULIANO ALUNNIwrote:
TOCAN CAMPANAS REPICAN UN SONIDO, BREVE Y DISTANTE, SUEAVE SILENCIO, AL PASO SE VA. SOBRE LA PAUTA, LAS NOTAS SE QUEDAN, EN EL SILENCIO, ACORDE Y COMPAS. UN PUÑADO DE NOTAS, FORMAN UN RITMO, PEQUEÑO ENFILA, IGUAL QUE UN SON. LLEVAN LINEAS DE LUZ, EN UN CORAZÓN, SUAVE CANCIÓN, UNA ILUSIÓN. LA MUSICA BELLA, VIDA QUE NACE, UN CANTO DEL AVE, LA BRISA DEL VIENTO. EL CAER DE LAS HOJAS, REPICA EN EL TRUENO, AL VENIR LA LLUVIA, QUE LIMPIA. NUESTRO CIELO, LLENO DE NUVES, PARA ABRIR , A UNA VENTANA. AL SOL CON SU HERMOSO CALOR., VEO CAER EN SALTOS, LA DICHA. UNA SONRISA, DEL RUISEÑOR, CANTO PROFUNDO, DE PAZ Y DE AMOR.
Dec. 16
grazie Daniela, le tue parole per me sono preziose. Chissà se un giorno ci potremo conoscere....
Un abbracccio. Annalarossa
Dec. 11
SempreioCRY ......wrote:
buzi...
Dec. 9
Nikla Biagioliwrote:
Ciao cara Amica, grazie per gli auguri!!!!!!
A te un grandissimo abbraccio...ed un sorriso...Nikla
Dec. 2
GIULIANO ALUNNIwrote:
Odore di pioggia
Nell’aria odore di pioggia. Dalla loggia della mia casa c’è un filo di brezza che accarezza i tigli. Cadono le prime gocce sulle rocce dove il passero fa il nido. Odore di silenzio intorno e foglie immobili sospese nel tempo come un grigio fazzoletto si adagiano sul tetto.
Nov. 23
Szymczyk .wrote:
Nov. 23
Cinziawrote:
Ciao donna saggia,
tu hai la chiave per vivere una vita di alta qualità ed
è la passione... che è dentro di te.
Ti abbraccio forte forte e spero tanto che
ci incontreremo nella realtà.
Ti penso spesso,
baci
Cinzia
Nov. 23
Grazie Lu' del tuo commento. Dentro ogni poesia ci sono io anche se talvolta i miei scritti sembrano di pura fantasia. Ne sono molto gelosa e pubblico poco e quando pubblico vuol dire che sono distratta.... Buona notte. Annalarossa
Nov. 13
SempreioCRY ......wrote:
Nov. 6
Cinziawrote:
Ciao Daniela, ci vuole coraggio a togliere la maschera, è la strada migliore e non ne vale la pena tenerla. L'ho tolta di nuovo...
Ti voglio bene,
Cinzia
Nov. 2
alessandra furegatowrote:
ciao, mi presento: mi chiamo alessandra e trovo che il tuo blog sia molto interessante...se ti interessa avere un contatto in più il mio è alessandrafuregato91@hotmail.it mi farebbe piacere poter continuare a leggere il tuo blog...grazie mille!!!ciao ciao...
Oct. 26
tizianawrote:
ciao carissima belli i tuoi dipinti specialmente i nudi moltointeressante il tratto , ei colori intensi .
Aug. 20
|
||||
|
|