Daniela 的个人资料Poeticamente parlando 2 照片日志列表更多 ![]() | 帮助 |
|
|
4月10日 Flesz
Flesz
***
Wojna
Nadeszła wściekła w kutych żelazem buciorach ciężkim spowita dymem fetorem śmierci nasączona. Krwią świeżą malowana głodna i katowana, by chciwe swe cielsco nasycić. za życiem ugania.
Przystaje czasem znużona, taka niczyja. Załosna. Osierocona.
Z obliczem bliznami pociętym milczy podstępnie, by fanatyczna i nieokiełznana aroganckim przepychem błyszcząca zabijać... w tył głowy strzela dzieci bezlitośnie męczy ludzi żywych grzebie rannych bagnetem dobija.
Czasem jednak i łzę bolesną utoczy kromkę chleba i wody do ust poda rany śmiertelne uleczy.
Dziwna ona, niezrozumiała. Zatrwaźająca. Chciana.
***
Obłudne plotkeczki szemrzą złośliwie w eleganckim salonie w stylu biedermeier. Skandaliczny mezalians popełniony przez wysoko urodzonego szlachcica ze zwykłą chłopką szokuje arystokratyczny światek głębokiej prowincji. Od czasu do czasu błyska flesz. Wśród zaproszonych przewija sie postać w czerni fotografując twarze tych, którzy natrętnie ustawiają się przed objektywem, i tych, którzy nieśmiało ukrywają się w półcieniu. Pod koniec wyśmienitej kolacji podanej na starych srebrach, goście wznoszą toast na cześć solenizanta. Obchodzi się urodziny Mariana, młodego szlachcica ze znamienitej rodziny. Kończy 25 lat. Po chóralnym “na zdrowie”, kryształowe kieliszki roztrzaskują się o lustrzany parkiet. Impertynenckie dźwięki mandoliny akompaniują melodyjną pieśń. Marian śpiewa z wyniosłością znane psalmy. Urzeka wszystkich. Szkarłatny szal kontrastuje z jego urodą - delikatne oblicze, zaczesane jasne włosy, melanchnijne szarozielone oczy. Jego wiersze recytowane z przesadnym patosem powodują bicie serc bladych panienek. Po oklaskach, znudzony bierze jabłko i oddala się niepostrzeżenie.
*** Wojenne wiatry burzą jego dotychczasowy świat. Gubi się, nie wie co robić, nikt nie wie. Po raz pierwszy przeżywa coś tak odmiennego, tak prawdziwego. -Muszę coś zrobić- wyje zrozpaczony, roztrzaskując o biurko swoją ukochaną mandolinę. Wstępuje do ruchu młodych rebeliantów gotowych zrobić coś przeciwko wojnie, bardziej dla przygody niż dla ideału. Niedoświadczeni, ograniczają się do obrzucania kamieniami niemieckich ciężarówek.
*** - Nasz świat jest skończony. Musimy się ukrywać- rozpacza matka, całując go w czoło. Jej opuchnięte od łez oczy srebrzą się cierpieniem w naznaczonej bólem twarzy. - “Ad majora natus sum, pamiętaj o tym zawsze, synu” – poleca ojciec, obejmując go gorąco w pożegnalnym uścisku. Przed rodzinnym dworkiem zajętym przez rząd niemiecki i przetworzonym na siedzibę gestapo Marian żegna rodziców. Drżący błysk flesza utrwala ostatni moment rodziny zniszczonej przez pogrom.
*** - Dzisiaj wszystko u mnie możesz kupić, bo ludzie są teraz na placu.- sepleni kulawy żyd za ladą, gładząc brodę woniejącą cebulą i czosnkiem. - Daj mi więc bochenek chleba, bańkę mleka i jedno jabłko. Masz może jakiegoś papierosa? – - Mam sześć sztuk całych palmeli. Jak mi zapłacisz długi, są twoje. - - Tak, tak. Płacę wszystko. – wykrzykuje radośnie Marian – Rodzice dostarczyli mi trochę pieniędzy. A więc, co tam dzieje się na placu? Ukryty za drzwiami, podgląda. Wśród osób wyznaczonych do aresztowania słyszy nazwiska niektórych towarzyszy ze swojej grupy politycznej. Ogarnięty trwogą wraca do domu. Wyciąga z szafy golf z kaszmiru i ulubiony szal ze szkarłatnego jedwabiu. Drżącymi rękoma owija w starą gazetę ostatnie pamiątki ze swojej odległej, świętej przeszłości i zanosi paczkę swoim przyjaciołom. Znajduje ich ustawionych w szeregu przed murami swojego starego gimnazjum. Nadjeżdża ciężarówka. Wyskakuje z niej czterech hitlerowców w szarozielonych mundurach, którzy natychmiast rozstrzeliwują całą grupę. Marian wstrząśnięty pada na kolana.
*** Bezczelny błysk flesza fotografuje z trzech stron jego zakrwawioną i siną głowę. Jakiś głos szczeka: - sprichst du Deutsch? – -was kannst du machen ? - - kannst du autofahren? – * Marian podnosi oczy i jego wzrok przez moment krzyżuje się ze spojrzeniem gestapowca. Nigdy nie widział takiego koloru! Zimowe niebo, oblodzony staw. - Ja - odpowiada - ich spreche Deutsch.-*
W blaszanej misce wodzianka i kawałek czarnego chleba. Przydzielony przez kogoś koc i miejsce do spania. Marian nie zapomni nigdy pierwszej nocy w obozie, która będzie trwać sześć niekończących się miesięcy naznaczonych głodem i trwogą. Nie zdaje sobie sprawy gdzie się znajduje i z trudem przypomina sobie koszmar swojego schwytania.
- To miejsce będzie zwyczajnym obozem dla więźniów.- Tłumaczy podczas pierwszego apelu o szóstej rano.
Rozpoczynają rozciągać ogrodzenia z kolczastych drutów, budować kuchnie i magazyny. Marian często jest przydzielany do kancelari jako tłumacz i księgowy. Pewnwgo dnia zauważa na podłodze jakiś dokument. Ryzykując śmiercią bierze z sobą tę kartkę do baraku z której wynika, że po ukończeniu budowy obozu w Auschwitz, świadkowie będą oddaleni. - A więc znajdujemy się w Auschwitz. Gdzie to jest? – myśli intensywnie - Ach tak, Oświęcim, blisko Krakowa. Tu jest napisane, że nas oddalą, lecz gdzie? Nigdzie nie jest napisane, dokąd! Podejrzewa, że to miejsce ukrywa ponury i monstrualny sekret. Do czego mają służyć te baraki z długimi i piętrowymi pryczami, budynki z wysokimi kominami i wielkimi piecami lub zbiorowe prysznice bez dopływu wody?
*** -Będziemy zlikwidowani wszyscy! – szepcze pewnej nocy Józefowi, z którym dzieli pryczę. - Marian, trzeba stąd uciekać! Pamiętasz miejsce gdzie możesz się ukrywać?- -Tak, twoja wieś Krępa. Około 300 km. stąd, w centrum Polski.- -My jesteśmy rodziną prostą, bardzo biedną, ale cię przyjmą. Wiesz, jest nas sześcioro. Najmłodsza ma na imię Janina, najładniejsza panienka z całej okolicy. Pamiętasz mój partyzancki pseudonim? -Dąb.- -Ukradłeś lekarstwa dla ruska? Nie jest już w stanie się podnieść, biedaczek. A i węgrzyn się kończy.- - Tak, zwinąłem coś tam. Trzymaj też jabłko. Dał mi je Hans, ten oficer co zawsze przymyka oko na moje podkradania. Gdyby nie on...- -O, jak pachnie to jabłko. W moim sadzie za domem rosło wiele jabłoni.- lamentuje Józef -Przypomina mi jabłko z moich ostatnich urodzin.- wzdycha Marian. Pożerają to jabłko chowając głowy pod koc. Najsmakowitsze, najwspanialsze jabłko jakie jedli w swoim życiu. Jakiś głos z żydowskim akcentem przerywany gwałtownym kaszlem, błaga. -I mnie! Jeden kęs! I mnie! Proszę! Skórka, nasiona, mizerny i suchy listek przyczepiony do ogonka, wraz z tym ogonkiem zdrewniałym i twardym zostały pieczołowicie podzielone i schrupane.
*** W ciemności nocy, zduszony jęk roznosi się boleśnie. Straszliwa burza trzęsie światem. Błysk ryczącego pioruna oświetla kościste twarze wyzute z nadziei. Ich barak nasyca się śmiercią. Smierć jest tuż obok, ukryta w każdym kącie. Kiedy siada na krawędzi czyjejś pryczy, woła się strażników. W barłogu, owinięte plugawym i obskurnym kocem spoczywa ciało. Towarzysze rzucają ostatnie spojrzenie na to nieruchome i zniekształcone oblicze. Granat zaciśniętych ust, czerń wychudzonych policzków, doły przymkniętych oczu, piszczele rąk i nóg, obdartych od robót dłoni, zapadnięty brzuch z żebrami przecinającymi prawie pergaminową skórę. Smierć mglistą spiralą opuszcza pryczę i swym długim welonem muska myśli obecnych. Snuje się leniwie po ścianach, wciska się we framugi drzwi, osiada na podłodze. Załobny orszak kieruje się do głębokiego dołu. Na desce, sine ciało. To Józef. Jego oczy odzwierciedlają ostatni flesz... pole kwitnące chabrami i czerwienią maków. Tam... będzie zboże, będzie syn, będzie dom.
*** * - sprichst du Deutsch? - znasz niemiecki? * - was kannst du machen? - co umiesz robić? * - kannst du autofahren? - umiesz prowadzić samochód? * - Ja, ich spreche Deutsch. - Tak, mówię po niemiecku.
Daniela Karewicz
continua...
Flesz
Flesz
*** Nadchodzi wiosna i Marian jest skierowany wraz z innymi więźniami do pracy w polu, w kamieniołomach, do budowy dróg i kolei. Upływają miesiące i pewien jasny, sierpniowy ranek zapowiada zmiany. Prowokujący błękit nieba daje tło wyblakłej zieleni pobliskiego lasku. Złote łany falują w tańcu bez muzyki. Ponury i cierpiący konwuj wlecze się zakurzoną drogą zarośniętą zwiędłymi krzakami. Marian zna dobrze trasę terroru, zna dobrze przyzwyczajenia nadzorców, którzy po monotonnych miesiącach zmniejszyli czujność i stali się mniej agresywni niż na początku. Czasami i oni wydają się więźniami. Szaleńcza idea o ucieczce zawładnęła nim całkowicie od czasu, kiedy wraz z Józefem ją projektowali. I może nadszedł moment jej realizacji. Teraz! Natychmiast! Wraz z innymi narzeka na ból brzucha. Dyzenteria jest dość powszechna i kiedy potrzeba, zdejmuje sie łańcuchy z przegubów. Nadzorcy decydują się na chwilę postoju. Tam, gdzie żyto jest bujne i wysokie Marian przykuca i oddala się szybko na kolanach, niknąc w oddali. Nie słyszy żadnego pościgu. Kieruje się instynktem, porusza się jak wilk. Dociera do potoku i rzuca się w wodę aby stracić swój trop. Obawia się psów. Tam gdzie jest głęboko, płynie. Po godzinach ucieczki, skonany, zbliża się do czyjejś stodoły i stajni, kradnie jakieś szmaty, worki z juty w których wydziera dziury na ręce i głowę. W pewnym momencie słyszy szelest. Spostrzega starą kobietę okrytą kwiecistą chustą. Patrzą sobie długo w oczy. Bez pośpiechu baba ściąga z nóg wysokie i wielkie kalosze, ograbia stracha na wróble ze spodni i kasaka - kładzie to wszystko przed Marianem. Zostawia też koszyk z kilkoma jajkami, warzywami i owocami. Odwraca się bez słowa i wspierając się na krzywym kiju oddala się, pozostawiając w redlinach zdeformowane ślady bosych stóp. Marian przykryty liśćmi śpi cały dzień w rowie daleko od zabudowań. Oczekuje nocy. W oddali słychać strzały i niebo huczące od samolotów. Kierując sie gwiazdami ustala kierunek trasy i oddala się pośpiesznie. Kluczy po poboczach dróg, biegnie wzdłuż szyn czepiając sie często powolnych wagonów towarowych. I tak to zbliża się w końcu do wymarzonej wsi. W pobliskim lesie oczekuje mroku i głęboką nocą puka delikatnie do okienka z tyłu domu. Jakaś ręka łapie go za kark i wciska w wąskie drzwi piwnicy. -Dąb, Dąb! – piszczy histerycznie.
Najpierw robią mu kąpiel. Blaszana wanienka lśni mu złotem a zwykłe szare mydło pachnie fijołkami. Jest pokryty wszami i strupami. Na koniec golą go całego i nacierają dziwnymi maściami. Kawał cudownie pachnącego chleba, łakoma miska świeżutkiego twarogu, kieliszek mocnej wódki...i budzi się po dwóch dniach. Oczekuje go dzban wody ze studni, na piecu w różowej kamionce unosi się zapach barszczu. Raj! Miejsce jest spokojne, ciche, prawie zapomniane przez Boga. Wojna nie istnieje. Oczarowany, wychodzi przed dom. Wzdłuż drogi śpią białe chaty pokryte strzechą. Złote łany obiecują dorodne żniwa. Sad z gałęziami uginającymi się pod ciężarem jabłek przypomina mu Józefa. Myśl o nim przesłania wyzywający blask słońca. Wraca do domu i rzuca okiem na duże, ścienne lustro. Kto to ? Kim jest to widmo! Dluga, nocna koszula ukrywa potwornie wychudzone ciało. Z rozpięcia na przodzie sterczą żebra pokryte przezroczystą skórą. Ogolona czaszka, woskowa twarz, zapadnięte policzki pokryte plamami i oczy... olbrzymie szarozielone oczy płonące gorączką, cierpieniem, trwogą. Marian obejmuje głowę sinymi od trudów rękoma i obsuwa się wydłuż ściany, kuląc się jak małe, zastraszone zwierzątko.
*** Pod zieloną jabłonią, niewinny błękit oczu Janiny tonie w namiętnym spojrzeniu Mariana. - Przyniosłam ci stare gazety. Dali mi je partyzanci, wiesz, ci z grupy Józwa. Przeglądają razem pożółkłe strony i Marian spostrzega, że Janina zaledwie umie czytać. Subtelna, kieruje się wrodzoną wrażliwością i wskazuje niektóre zdjęcia połamanym i czarnym od pracy w ziemi paznokciem. Marian rozpoznaje w nich swoje straszliwe przeżycia.
*** Przywarte do piersi dziecko zmarłe z głodu. W łóżku leży osłabiona Janina, Marian pogrążony w bólu siedzi w ciemnym kącie pokoju, ssąc smoczek. Kolebie nogą białą i pustą kołyskę. Do pokoju wkracza raptownie niemiecki oficer. Szuka Janiny przeznaczonej na roboty w niemieckich fabrykach. Zaskoczony, obserwuje tę straszliwą scenę. Bez slowa, odwraca sie gwałtownie i wychodzi. Nie jast w stanie znieść ich bólu. Od miesięcy kwateruje w Krępie i z Marianem, który pracuje w koszarach jako magazynier dyskutował killkakrotnie na temat filozofi, muzyki i sztuki.
Ze starego, skórzanego portfela Marian w roku 1944 wycina pierwsze buciki dla swojej drugiej córki Bożeny. Mądra i bogata w mleko koza Barbara towarzyszy jej przy pierwszych kroczkach.
*** Warkocze koloru zboża przeplatane chabrami i czerwienią maków koronują wyniosłe czoło Janiny. Pod staniczkiem ozdobionym kolorowymi cekinami burzy się śnieżna, batystowa bluzeczka. Biały fartuszek spływa wzdłuż kwiecistej, spłowialej spódnicy, zakrywając dziurawe trzewiki. - Ad majora natus sum. – wymawia Marian solenną obietnicę. - Co to znaczy?- pyta Janina wznosząc czyste i dumne oczy. - Zostaliśmy zrodzeni do wyższych celów- odowiada Marian, całując ją tkliwie.
*** Obłudne plotkeczki szemrzą na wiejskim dziedzińcu. Mezalians popełniony przez szlachcica Mariana ze zwykłą chłopką Janiną szokuje wszystkich. Od czasu do czasu błyska flesz. Wśród zaproszonych przewija sie postać w czerni fotografując ich twarze. Pod koniec skromnej kolacji podanej na malowanych gliniankach, goście wznoszą toast na cześć młodych małżonków. Po chóralnym “na zdrowie” , szklane kieliszki roztrzaskują się o klepisko. Przyjemne dźwięki mandoliny akompaniują melodyjną pieśń. To Marian. Spiewa z prostotą znane psalmy. Urzeka wszystkich. Szkarłatny szal kontrastuje z jego sublelną urodą. Jego wiersze recytowane z rzewnością powodują bicie serca Janiny. Po oklaskach, szczęśliwi biorą jabłko i oddalają się niepostrzeżenie.
Fine.
Daniela Karewicz |
|
|